HFM

artykulylista3

 

Overkill - The Grinding Wheel

cd062017002

Nuclear Blast 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Kurczowe trzymanie się tradycji w gatunku, który istnieje już blisko czterdzieści lat, stwarza wysokie ryzyko zmęczenia materiału. Kiedy inni eksperymentują, Overkill pozostaje wierny standardowemu brzmieniu nowoczesnego thrashu. Ci, którzy słyszeli przynajmniej jedną z ostatnich płyt zespołu, wiedzą, czego się spodziewać. Nie usłyszymy tu żadnej rewolucji. O ile album jest całkiem porządny i jego wykonaniu niewiele można zarzucić, to okazuje się również bardzo przewidywalny. Utwory nie przynoszą większych zaskoczeń i nawet kiedy częstują nas solidnymi zagrywkami, to trwają zbyt długo i zaczynają nudzić. „The Grinding Wheel” może się spodobać przeciwnikom udziwnień, lecz przez swój konserwatywny rys prawdopodobnie nie zapisze się w pamięci fanów. Mamy do czynienia z dobrze zagranym thrashem, ale niczym ponadto. Każdy z muzyków przyzwoicie spełnił tu swoje zadanie, lecz i tak jest to propozycja głównie dla wielbicieli konwencji.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 06/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Obituary - Obituary

cd062017004

Relapse 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Wbrew pozorom, death metal potrafi oczarować niesamowitym nastrojem bądź zaimponować rozbudowanymi formami i umiejętnościami muzyków. Szkoda, że nie tym razem. Na swoim najnowszym albumie Obituary odrzuca wszelkie interesujące koncepcje tego gatunku, a także wszystkie lata ewolucji, którym zawdzięczamy choćby przejrzyste nagrania. Zespół wyjątkowo mocno postawił na minimalizm. Kolejne utwory niosą dwie, góra trzy zagrywki, oparte na trzech-czterech akordach. Sekcja rytmiczna nie jest lepsza, bowiem praca perkusji okazuje się do bólu standardowa. Gitara basowa jedynie podąża za resztą stawki, nie wnosząc nic od siebie. Jedynymi jasnymi stronami albumu są przyzwoite solówki, które ukazują, że porażka nie jest tu winą braku umiejętności. Twórcy zwyczajnie poszli po linii najmniejszego oporu, wykorzystując do cna pusty slogan o „starych, dobrych czasach”. Nagranie, jak przystało na „klasyczne” brzmienie, jest zupełnie płaskie. Partie zlewają się ze sobą, a w najgorszych momentach całość zmienia się w kompletny bałagan. „Obituary” to dramat, lenistwo i błędy w założeniach. Właśnie takim albumom death metal zawdzięcza złą sławę

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 06/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

OIA - Wyspa

cd062017016

Mili Records 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Urodzona w Krakowie, a zamieszkała w Londynie wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka o intrygującym pseudonimie OIA proponuje album nasycony soulem i r’n’b, połączonymi z ambientową elektroniką. Płyta stanowi przykład muzycznej produkcji na światowym poziomie. W tekstach artystka porusza tematy bliskie każdemu odbiorcy; ujawnia lęki i frustracje, ale potrafi też emanować radością i humorem. Nagrany w Londynie i Krakowie album cechuje nietuzinkowe brzmienie. OIA dysponuje subtelną i delikatną barwą głosu, która świetnie się sprawdza w tej konwencji. Akompaniując sobie na fortepianie, umie wykreować niepowtarzalny nastrój, od którego trudno się uwolnić. „Wyspa” to prawdziwy majstersztyk w zakresie realizacji i produkcji nagrań. Na uwagę zasługuje wyjątkowa samodzielność wokalistki i multiinstrumentalistki, która wykonała wszystkie partie klawiszowe i wokalne (w tym chórki). Zaledwie w kilku przypadkach wspomogły ją gitary i perkusja. Całość uzupełnia bonusowe nagranie „1441 Fourteen for One” z udziałem 14 wokalistów i raperów z różnych krajów. To swoisty hymn na rzecz tolerancji i międzykulturowej akceptacji. Ciekawa inicjatywa i ważne przesłanie.

Robert Ratajczak
Źródło: HFiM 06/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Imelda May - Life, Love, Flesh, Blood

cd062017009

Decca 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Jeśli fani Imeldy May polubili jej cztery wcześniejsze albumy za dynamiczny rock z okazjonalnymi brzmieniami rockabilly, to jej nową propozycją będą zaskoczeni. Zamiast bowiem elektryzować słuchaczy nieco szaloną muzyką, irlandzka piosenkarka serwuje wyłącznie nastrojowe utwory. Nawet dwa szybsze – „Bad Habit” i „Don’t Leave Me Lonely” – mają niewiele wspólnego z wcześniejszymi dokonaniami artystki. „Life, Love, Flesh, Blood” wyprodukował słynny T Bone Burnett, a główną atrakcją krążka jest gwiazdorski skład akompaniatorów. Na gitarach gra Marc Ribot, znany głównie z eksperymentalnego jazzu; tutaj wyjątkowo oszczędny w środkach wyrazu, czasem zaledwie delikatnie muskający struny. W jednej z piosenek pojawia się Jeff Beck – kolejny mistrz gitary, tym razem rockowej. On także nie przesadza z ekspresją, choć umiejętnie uzupełnia oprawę. W kompozycji „When It’s My Time” słyszymy natomiast Joolsa Hollanda, grającego na fortepianie. Utalentowani instrumentaliści wiele wnoszą do ostatecznego kształtu nagrań. To dzięki nim piosenek Imeldy tak dobrze się słucha. Czasami pobrzmiewają w nich nuty folkowe, a niekiedy pojawiają się brzmienia country. Dzieje się tak na przykład w zamykającej kompozycji „The Girl I Used To Be”.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 06/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

James Blunt -The Afterlove

cd062017007

Atlantic Records 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

James Blunt zasłynął, kiedy jego debiutancki album „Back to Bedlam” (2004) sprzedał się w ponad 11 milionach egzemplarzy. Szczególnie podobały się melodyjne miłosne kawałki „You’re Beautiful” (wielki hit w USA i Wielkiej Brytanii) oraz „Goodbye My Lover”. Na nowej płycie podobnych hitów jest mniej, choć nie jest ich całkowicie pozbawiona – przykładem „Don’t Give Me Those Eyes”. Utworem, któremu najbliżej do przebojów ze spektakularnego debiutu, jest kompozycja „Make Me Better”. Melodyjne brzmienia odnajdujemy również w zamykającym krążek nagraniu „Paradise”. Utwory na „The Afterlove” zawierają jednak znacznie więcej dynamiki. Znajdziemy tu sporo piosenek, które świetnie nadają się do klubów. Nawet otwierające „Love Me Tender”, choć tytuł sugeruje coś innego, może z powodzeniem przygrywać do tańca. Najwyraźniej piosenkarz zatęsknił za żywszym repertuarem. Wszystkie piosenki Blunt ułożył sam, na ogół z pomocą muzykujących przyjaciół. Nie każda to strzał w dziesiątkę, ale na jogging ze słuchawkami na uszach płyta będzie w sam raz.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 06/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Mark Lanegan - Band Gargoyle

cd062017006

Heavenly Recordings 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Gdyby ktoś nie znał Marka Lanegana, to spieszę poinformować, że jest on przedstawicielem amerykańskiego alternatywnego rocka i byłym członkiem grunge’owej kapeli Screaming Trees. Charakteryzuje się szorstkim głosem i gustuje w ostrym repertuarze z dekadenckimi tekstami. Zdarzały mu się także płyty z przewagą ballad, ale i na nich śpiewał o ciemnych stronach życia. Nowy album jest w większości dynamiczny, ale treści znów niesie niewesołe. Już tytuł otwierającego nagrania („Tatuaż w kształcie trupiej czaszki”) wiele mówi. To piosenka o diable, który, jak informuje tekst, żyje wszędzie. Lanegan śpiewa o broni palnej i głodującym dziecku. Nad wszystkim świeci złote kalifornijskie słońce. Czyżby miało łagodzić ponurą atmosferę? Dalej też nie jest weselej. „Nocture” opowiada o rozpaczy po utraconej kobiecie. W „Blue Blue Sea” ponownie pojawia się Lucyfer. Dominują ostre rytmy. Jeśli ktoś wysłucha płyty do końca, to nie będzie mu łatwo zasnąć. Melodiom oraz instrumentacji trudno coś zarzucić, tyle że trzeba mieć do ich odbioru odpowiedni nastrój. Gdyby go zabrakło, lepiej ograniczyć słuchanie do dwóch ballad: „Goodbye To Beauty” i „First Day of Winter”.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 06/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF